Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 275 390 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Materiały dla mediów

O moim bloogu

Ten blog, będzie moim peryskopem, oknem na świat, gdzie będę dzieliła się z Wami tym, co przeżywam, co polecam, co lubię i co mnie wkurza...

Kalendarz

« marzec »
pn wt śr cz pt sb nd
     0102
03040506070809
10111213141516
17181920212223
24252627282930
31      

Lubię to

Missiu



poniedziałek, 31 marca 2008 23:14

 

  

mały szary człowiek

 

… rano wychodził po bułki do sklepu na rogu.

 

taki szary jak poniedziałek po niedzieli

 

… w kwiaciarni na przeciwko kupował pojedynczą różę…

 

szary, jak szara mysz na szarym polu

 

… albo zrywał bratki z klombu pod blokiem

 

dowolnie sortowany

 

… wkładał kwiat zza wycieraczkę błękitnego „malucha”

 

„magazynowany i sprzedawany hurtownie”

 

… na warszawskim Ursynowie

 

„oraz krążący w obiegu detalicznie”

 

… wsiadał do windy i jechał do siebie, na XII piętro

 

„jako jeden z detali”

 

… później znów przechodził obok parkingu…

 

„ogromnej sumy”

 

… zerkając ukradkiem czy „maluch” już odjechał…

 

„identycznych detali”

 

… czy Ona wyjechała już do pracy…

 

„detal właściwie zbędny”

 

… zastanawiał się, czy zauważyła jego tęsknotę…

 

„o wiele bardziej zbędny”

 

… zielonym polonezem…

 

„od cyfry pod którą jest zapisany”

… odwoził syna do szkoły, a żonę do pracy …

 

 

zapłonął wielką miłością

 

 

 

 

Paryż, Wenecja, Rzym – miasta kochanków, czułych uścisków, wielkich gestów.

 

Ale żeby …

 

Ursynów, Skarżysko czy Nowa Huta?!

 

Casanova tam przecież nie gości…

 

 

A jednak…

 

 

Następna historia miłosna będzie ulokowana w wielkim, przeciętnym blokowisku, wśród wszystko obserwujących sąsiadów, wśród zapachu obiadu i pokrzykujących na siebie ludzi… tam gdzie wydawało by się nie ma miejsca na „ (in) the mood for love”.

 

Będzie,

bo życie sprawia mi piękne niespodzianki i w przyszłym tygodniu idę na spotkanie z reżyserem – Wong Kar Wai i dopiero po tym spotkaniu chciałabym opowiedzieć Wam o filmie…

 

 

 

A skoro przy niezwykłych spotkaniach jesteśmy…

 

 

Zamknięte skrzydło najlepszego hotelu w LA. Grube, miękkie dywany, olbrzymie wazony pełne świeżych kwiatów i gustownie urządzone wnętrza pokoi.

 

Wszyscy mnie uprzedzali, żebym nie uległa stereotypom, że jest „dużo inteligentniejszy, niż mogło by się wydawać”, że jest otwarty i ma poczucie humoru. Ekipy doświadczonych dziennikarzy z całego świata nerwowo przystępowały z nogi na nogę. Każdy miał tylko pięć (!!!) minut na indywidualną rozmowę. Resztę można było wyczytać z profesjonalnie przygotowanych materiałów prasowych. Jeden dzień. Jedyna szansa. Na kartce mam zapisanych kilka pytań. Nie wiem czy zdołam zadać wszystkie.

 

Moja kolej. Wchodzę do pokoju, dwie kamery, światło rozstawione i przygotowane, dwa plakaty promujące film. Jeden za moimi plecami, drugi za plecami … Rambo. Profesjonalny, przygotowany, uśmiechnięty. Ale też chyba już trochę zmęczony. Za jego plecami, za kamerą kierowniczka planu że stoperem w ręku odmierza czas. Za chwilę będzie nerwowo machać rękoma sygnalizując koniec rozmowy…

 

-       Rambo to niezwykle krwawy obraz, ciężko ten film zaliczyć do rozrywki…”

 

Pada pierwsze moje pytanie. Stallone jest „samograjem”. Nie jestem mu do niczego potrzebna, mogło by mnie tam w zasadzie nie być, on i tak przekonał by mnie, żeby obejrzeć jego najnowszy film. Gdy zarzucam mu naiwość fabuły i teksty na poziomie szkółki niedzielnej nie próbuje wmówić mi, że jest inaczej. Nie próbuje się przymilać. Nie musi niczego udowadniać.

 

-       Tak jest, bo takie było założenie” – odpowiada i to powinno mi wystarczyć.

-       a kiedy możemy spodziewać się filmu Rambo contra Rocky?”

 

wybucha uroczym śmiechem…

 

-       obawiam się, że starcie tych dwóch bohaterów byłoby za krótkie na fabułę. Wygrał by oczywiście Rambo…

 

 

 

Rambo zaczyna się od poruszających, drastycznych i autentycznych zdjęć reportażowych z Birmy. Później jest tylko gorzej - począwszy od trzeciej (!) minuty fabuły zostaje zabitych 236 osób, co daje - 2.59 „trupa” na minutę czyli jest  największą w historii Rambo krwawą rzeźnią.

 

Dobra wiadomość -  jeśli wierzyć w to, co powiedział Stallone – „ I thought, „if I do another Rambo film, I want it to be about something (…) I wanted it to be about the human condition”, nie musimy się martwić przeludnieniem Ziemi - cywilizacja chyli się ku upadkowi, nasze rozmowy są naiwne i pełne frazesów, a świat można zmienić jedynie strzelając z karabinu maszynowego. 

 

 całe szczęście przyjdą Chińczycy i coś z tym zrobią.

 

No chyba, że nas wszystkich wymordują…

 

 

 

ps. dobrze... przyznaję. to nie jest taki zupełnie niedobry film. gdyby tylko wyciąć dialogi... 


Podziel się

komentarze (176) | dodaj komentarz

Mój Boże ! co to był za seks! Cóż to była za namiętność…

środa, 26 marca 2008 13:47


 

…niedostępna zwykłym śmiertelnikom…

 

tych kilka dni wystarczyło, żeby zmienić ich życia (w tym jedno dość diametralnie…) ;

tych kilka chwil spowodowało, że na zawsze już byli nierozerwalni, choć…

 

kochała się z Nim tak, jak z nikim, nigdy wcześniej…

oddawała mu się cała, w pełni…

szczytowała gdy brał ją brutalnie, na prędce, gdy ją upokarzał i zrywał z niej ubranie…

 

a później przeczesywała włosy, poprawiała sukienkę i wychodziła z ich sekretnego mieszkania na przywitanie swojego oficjalnego narzeczonego…

 

wiedziała, że nigdy się od Niego nie uwolni… że nigdy o Nim nie zapomni…

 

było tylko jedno rozwiązanie…

 

 

to było ich: „Ostatnie tango w Paryżu”

 

 

 

 

 

w 1971 roku po zdjęciach do „Ojca chrzestnego” Marlon Brando - w niedalekiej przyszłości ojciec jedenaściorga dzieci (!), spakował walizki i, jak mu się wówczas wydawało, na zawsze wyprowadził się z Hollywood na spokojne plaże swoich dwunastu wysp (!).

 

mniej więcej w tym samym czasie, ale w zupełnie innej części globu młody mężczyzna obudził się z wyraźnym wzwodem. i nie było by w tym nic niecodziennego, gdyby nie fakt, że mężczyzną tym był Bernardo Bertolucci, wówczas dopiero co doceniony za „Konformiste”, niezwykle obiecujący 30-sto letni reżyser, który poza w/w wzwodem obudził się także z przeświadczeniem, że oto wyśniła mu się historia na kolejny film…

 

19-sto letnia Maria Schneider spała spokojnie. Nie wiedziała jeszcze, że będzie jedyną kobietą, która podczas zdjęć próbnych do kolejnego filmu ulegnie prośbie reżysera i ściągnie bluzkę… Nie wiedziała też, że między innymi dzięki tej decyzji dostanie rolę w jednym z najsłynniejszych filmów świata. Nie wiedziała, że nie na wszystko musi się zgadzać...

 

 

pozostaje tajemnicą jakich argumentów użył Bertolucci, żeby przekonać Brando do zmiany decyzji i przyjazdu do Paryża. Choć oczywiście istnieją pewne przesłanki co do wspólnoty … wrażliwości. Schneider wyznała, że ten film powstał na styku miłości Bertolucciego i Brando. główni zainteresowani pozwolili na dowolną interpretację tych słów. dolali jeszcze oliwy do ognia plotek, publicznie wyznając swoją biseksualność. Schneider nie pozostawała w tyle…

 

            wiadomo natomiast, że reżyser powiedział do Brando: „zagraj tak!” i pokazał mu ten obraz Francis'a Bacon:


 ostatnie_tango.pdf

 

„to była najkrótsza, najpełniejsza i najlepsza wskazówka reżysera, jaką kiedykolwiek otrzymałem” – przyznał Brando i dał się poprowadzić młodzikowi…

 

… a może nie?

… a może to „młodzik” uległ doświadczeniu i instynktowi swojego aktora?

 

jedno jest pewne – Marlon Brando miał decydujący wpływ na wiele scen, a jedna z nich była jego pomysłem, nie zapisanym nawet w scenariuszu…

 

Schneider nie wiedziała wtedy jeszcze, że nie na wszystko musi się zgadzać. Nie wiedziała, że ma prawo odmówić, wezwać na plan swojego agenta, zawiadomić prawnika…

 

… przy kręceniu tej sceny płakała prawdziwymi łzami… bezsilna, upokorzona, sponiewierana…

 

od tego dnia w kuchni gotuje na oliwie z oliwek. nigdy na maśle!

 

 

 

„Ostatnie tango w Paryżu” zostało okrzyknięte skandalem, ocenzurowane, zniszczono wszystkie (jak się później okazało, prawie wszystkie) kopie, zakazano jego dystrybucji a reżysera skazano na areszt w zawieszeniu i pozbawiono go praw obywatelskich…

 

film został nominowany (za reżyserię i główną rolę męską) do Oskara, a także do Złotych Globów, nagród BAFTA, DGA, New York Film Critics Circle Awards. Był też obrazem wielokrotnie nagrodzonym za kreacje aktorskie, reżyserię, muzykę, a także dla najlepszego filmu sezonów 1972-74.

 

Nie wiadomo ile do tej pory na siebie zarobił…

Wiadomo, że czasem wysyłany jest do byłych kochanków z dołączonym liścikiem:

„…mogło się skończyć inaczej. życzę zdrowia. i szczęścia.                                                                                                                                                 - Kochanka…“

 


Podziel się

komentarze (216) | dodaj komentarz

Mam szacunek do starości – starego wina, starych murów i starych mebli…

wtorek, 18 marca 2008 22:05

 


Jest w starych meblach i w wiekowych murach coś co mnie urzeka…

Historie zaklęte w rysach, patynie czy odpryśniętych drzazgach. Tak, jakby każdy fotel kupiony w antykwariacie był świadkiem niezwykłych historii, jakby w każdym starym lustrze przeglądała się „kobieta po przejściach i mężczyzna z przeszłością”. Jakby przy starym biurku latami wypisywano czułe słowa, które miały nie trafić do adresata… a ściany słyszały nasze kłótnie, naszą rozpacz i były niemymi świadkami naszych radości… były świadkami emocji o które nikt nigdy by nas nie podejrzewał…

 

Stare biurka, komody czasem kryją w sobie dodatkowe tajemnice… po uchyleniu zapadki, po przesunięciu odpowiedniej deski, lub zdjęciu blatu ukazuje się tajemna skrytka… budzi się w nas ciekawość, drżą nam ręce, zmienia się oddech, bo oto stoimy przed Tajemnicą.

 

 

            Zastanawiałaś się kiedyś co byś zrobiła gdybyś odkryła sekretne listy rodziców?

 

Gdyby okazało się, że marzyli o czymś innym,

że kiedyś pragnęli kogoś żarliwie…

że pisali listy miłosne, skarżąc się na swój los…

 

 

Zastanawiałaś się co by było gdybyś odkryła, że Twoja matka ma romans…

 

 

…że poświęciła swoje szczęście, swoje życie

bo zmuszona była do tego obowiązującymi konwenansami,

opleciona społecznymi więzami,

zamknięta w zaściankowe i duszne reguły gry… 

 

 

 

Zastanawiałaś się może kiedyś, co byś zrobiła, gdybyś to TY (sic!)

przez kilka dni miała szanse na przeżycie najpiękniejszej historii miłosnej świata, pełnej uniesień i niespodziewanej bliskości.

I nikt by o tym nie wiedział…

i wolna byś była od wszelkich społecznych wyrzutów, od jakichkolwiek podejrzeń…

Nikt by nic nie wiedział…

wolna od kompleksów, wolna od czasu teraźniejszego i przeszłego i przyszłego.

Tylko tu i teraz.

Tylko kilka dni, które będą sprawiać, że się uśmiechniesz do siebie przed lustrem…

 

 

Zobacz : „co się wydarzyło w Madison County” film z 1995 roku opowiadający historię zaklętą w niemych ścianach prowincjonalnego domu… a odkrytą po śmierci bohaterki dzięki odnalezionym pamiętnikom…

 

Zobacz jedną z najpiękniejszych historii miłosnych

„Co się wydarzyło w Madison County“ –

The Bridges of Madison County“ 1995  reż. Clint Eastwood.

Obsada: Meryl Streep oraz Clint Eastwood

 

 


Podziel się

komentarze (166) | dodaj komentarz

jakie się nam piękne dziecko urodziło! czyli nieskromne wrażenia z abstrakcyjnego spektaklu

poniedziałek, 10 marca 2008 5:41



-       „Zagadka rozwiązana! (…) Romans trwa przeciętnie siedem lat i trzy miesiące :

trzy miesiące na miłość;

rok, gdy mówisz sobie – „to tylko przejściowe kłopoty”;

kolejny rok na próbę zrozumienia co jest nie tak,

dwa lata gdy wiesz, że koniec jest nieuchronny

i rok, żeby zakończyć całą tę historię.

Po separacji dwa kolejne lata na zrozumienie co tak naprawdę się stało.

7 lat i 3 miesiące.

(…) samo rozstanie też ma swoje etapy: głowa, serce, ciało, wspólne rzeczy, dzielone życie. Głowa chce odejść, ale serce ciągle trwa. Serce się poddało, ale ciało nie daje za wygraną. Człowiek się wyprowadza, ale rzeczy ciągle są w apartamencie. Musisz wrócić. Wynosisz wszystko z mieszkania, ale głowa tam zostaje. Pamięć zakotwicza się w miejscu. siedem lat później, być może siedem lat później to już nie ma znaczenia. Ale może trwać dłużej. Może nigdy nie przestać boleć. „

 

 

 

to tylko fragment (w bardzo fry-wolnym tłumaczeniu) spektaklu, w którego realizacji brałam udział. („Fefu and her friends” Maria Irene Fornes reż. Lear deBessonet) Jeden z licznych monologów, fragment rozmowy przyjaciółek o mężczyznach, kobietach, związkach, samotności i strachu. Zwykłe babskie gadanie…

 

a jednak, gdy dziewczęta na scenie kłaniając się dziękowały publiczności za oklaski czułam dumę z naszego zespołu i pracy, którą wykonałyśmy. chwilę później aktorki mnie zaskoczyły i dziękując wskazały na „dziuplę” w której siedzieliśmy realizując spektakl. Bycie dyrygentem- akuszerką (?) nawet tak małego przedstawienia podnosi adrenalinę. Czułam się wspaniale będąc po drugiej stronie… 

i to nieszkodzi, że ładunek z krwią ani razu nie zadziałał tak jak powinien, aż w końcu wszystkie byłyśmy tak tym sfrustrowane, że podczas ostatniego przedstawienia bohaterka wzięła do ręki otwartą buteleczkę i w stosownym momencie, w akcie desperackim i abstrakcyjnym polała się czerwonym barwnikiem ... 

... a jej partnerka zamiast z białym królikiem wkroczyła z białym psem w rękach triumfalnie krzycząc - trafiłam, wreszcie go zastrzeliłam! 


...cóż jeśli spektakl zrobi sukces, wtedy jest to Interes; 

jeśli nie ma sukcesu - wtedy mówimy, że to Sztuka; 

a jak nie ma ani pieniędzy, ani sukcesu i ciężko to nazwać Sztuką - to już jest jakaś Abstrakcja... 

 

jeszcze kilka zdjęć zrobionych ukradkiem podczas spektaklu: 

 

 






 ...

 a skoro już o Sztuce mowa... 

oglądam minimum trzy – cztery filmy tygodniowo; wśród nich min. filmy godne zapamiętania, filmy które zmieniły historię, wpływają na nasze życie…

filmy o zwykłych ludziach i o niezwykłych historiach… 

 

chciałabym się z Wami podzielić niektórymi z takich właśnie obrazów…

 

dziś, 

niniejszym zaczynam listę tytułów, które szczególnie mocno polecam. 

Bo jak Mucha ma przysiąść to niech przysiądę z wrażenia i uznania dla czyjeś pracy.

 

Na początek niech kluczem będzie „Miłość”

 

bo Walentynki już minęły,

bo Dzień Kobiet też za nami,

bo o Miłości można każdego dnia,

bo Miłość gdzieś migocze w tle,

bo, wierzcie lub nie, historie o Miłości nie zawsze są głupiutkimi komedyjkami :

 

 

 

1.     „Wybór Zofii” – wybór niejednoznaczny i nieoczywisty. bo jak można patrzeć na ten film inaczej niż przez pryzmat osobistej (ludzkiej) tragedii bohaterki?! A jednak, może dlatego, że nie po raz pierwszy oglądałam ten film, tym razem zwróciłam uwagę na niezwykłą Miłość… Miłość łapczywą, Miłość dozgonną, bezgraniczną, „mimo wszystko”, Miłość spełnioną i odnalezioną, Miłość bez nadziei… Miłość naznaczoną numerem na przedramieniu i oplecioną wspomnieniami i chorobą.

 

Zofia – młodziutka i DOSKONAŁA Meryl Streep – Polka ocalona z obozu koncentracyjnego, tuż po wojnie wyjeżdża do Nowego Jorku, by tam zacząć życie od nowa. Jej aniołem stróżem okazuje się Żydowski intelektualista, lekarz – Nathan – w tej roli również interesujący Kevin Kline, mężczyzna z wyobraźnią i temperamentem… wszystko pokazywane z perspektywy młodego, niewinnego pisarza Stingo – Peter MacNicol.

 

Celowo nic więcej nie powiem – ten film to ARCYDZIEŁO światowego kina i pozycja OBOWIĄZKOWA.

 

Wybór Zofii – Sophie’s choice -  1982r., reż. Alan Pakula

 

Czy wyraziłam się jasno?!            

 

 

 

A skoro już przy Meryl Streep jesteśmy:

 

Nie znoszę pytania w stylu „wymień ulubiony… film/książkę/potrawę (czy cokolwiek równie głupiego)”, 

bo czuję że nagle mam się ograniczyć, 

że mam wybierać negując ine wspaniałe, 

że może mi ktoś odebrać wszystkie smaki i kolory świata, bo „skoro tamte są ulubione to innych nie potrzebujesz… ! „ ;

a jednak za każdym razem gdy ktoś mnie pyta o mój ulubiony film ten obraz przemyka przez moją głowę i wierci się w sercu…

 

… ale o tym za tydzień …

 

 


Podziel się

komentarze (322) | dodaj komentarz

wtorek, 12 grudnia 2017

Licznik odwiedzin:  20 656 259  

JESTEM NA TAK!