Bloog Wirtualna Polska
Są 1 276 074 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Materiały dla mediów

O moim bloogu

Ten blog, będzie moim peryskopem, oknem na świat, gdzie będę dzieliła się z Wami tym, co przeżywam, co polecam, co lubię i co mnie wkurza...

Kalendarz

« luty »
pn wt śr cz pt sb nd
      01
02030405060708
09101112131415
16171819202122
232425262728 

Lubię to

Missiu



na tapczanie leży leń...

sobota, 28 lutego 2009 22:48
   Mój weekend czasem może wypaść w środę. Albo zaczyna się w poniedziałek.

 

Lenistwo. Cisza. Spokój i wyłączony telefon – dziś mnie nie ma, dziś odpoczywam i mogę nic nie robić.

Miałam taki weekend wczoraj.

Obudziłam się.

Przewróciłam się na drugi bok.

Poszłam spać.

Wstałam.

O 15tej zjadłam śniadanie. To mnie szalenie zmęczyło. Poszłam spać.

Wstałam. było jeszcze jasno, postanowiłam pójść na spacer.

Ubrałam się.

Uff… męczące. Trzeba odespać. J

No dobrze, ostatecznie potrzeba fotosyntezy zwyciężyła. W końcu był piękny dzień…

Poszłam na spacer. Do najbliższej kawiarni na pyszną kawę z ciastkiem.

No i z kieliszkiem szampana.

Ściemniło się.

Warto może coś zrobić.

Wiem – obejrzę zaległy film.

Popijając szampanem i zagryzając chipsami leżałam na kanapie oglądając

„To nie tak, jak myślisz, kotku.”

Rewelacja.

Śmiech strasznie wyczerpuje.

Trzeba odespać. …

 

Uwielbiam… 

 

Tylko to się nigdy nie zdarza.

Dziś wstałam o 5.30 i do roboty…

 

Bo „to nie (jest) tak, jak myślisz, kotku”


Podziel się

komentarze (104) | dodaj komentarz

dzis wieczorem

środa, 25 lutego 2009 15:51
dzis wieczorem gramy spektakl Ostatni Żyd w Europie

bardzo serdecznie zapraszam - przyjdzcie do Teatru na Woli
a przy okazji - zaproscie do teatru swoich anglojęzycznych przyjaciół

http://www.wolnawola.home.pl/news.php?id=92

http://www.wolnawola.home.pl/

do zobaczenia wieczorem
Podziel się

komentarze (109) | dodaj komentarz

romans stulecia

wtorek, 17 lutego 2009 23:20

Psina zaraz zacznie ujadać… W sieci zrobiło się gorąco:

http://www.dziennik.pl/zycienaluzie/article317901/Mucha_zakochana_w_arystokracie_.html

Jest sensacja. Mamy romans! Czy ktoś ma zdjęcia? Podobno to arystokrata! Baron!

 

To już nie tęskni?

Już nie płacze?

Już nie czeka?

 

Ma barona!

 

Toż to romans stulecia!

 

A jakże! Zakochałam się. Bo jak tu się nie zauroczyć tak niezwykłą postacią.

Jest starszy, jest wybitnie inteligentny, jest szanowanym autorytetem. Cóż, że martwy! Jeśli ma coś przeciwko naszemu romansowi – niech podniesie palec!

O! szczęśliwie – milczy!

Toż ta plotka przebije doniesienia o kolejnych wybrankach Weroniki Rosati!

 

Anna Mucha zakochana w arystokracie!?

 

Niewiele z Niego pamiętam, choć powinnam była. Zmarł jak miałam dziewiętnaście lat. Pamiętam jego charakterystyczny głos. Pamiętam jak opowiadał urocze wspomnienia z dzieciństwa, o swojej Babci, o ciotkach i o wyprawie nad morze. Pamiętam jak walczył o pamięć innych. Zawdzięczamy mu m.in Powązki, jeden z najpiękniejszych cmentarzy Polski.

 

Jerzy Waldorff.

 

Z Nim także pojechałam na wakacje.

 

            Przez przeszło 89lat można popełnić wiele błędów. Można zauroczyć się nieszczęśliwie i ulec wielkim myślom historycznym. Można wymagać i narzucać swoją wolę. Można patrzeć biernie i tylko czekać. Można…

 

Pisząc biografię tak wielkiego człowieka jakim, niewątpliwie był Jerzy Waldorff też można popełnić błędy. I nie myślę tu nawet o pójściu na łatwiznę, czy o zbagatelizowaniu wielu spraw, ale o tym, że można próbować „wybielić” bohatera, można próbować Go usprawiedliwiać, czy łagodzić błędy. Można przemilczeć tajemnice czy zręcznie zmieniać temat… można też popełnić dwa inne kardynalne błędy – zanudzić czytelnika faktami i suchymi informacjami, lub próbować wszystko dodatkowo podkoloryzować, tak, żeby autor też stał się bohaterem. Równie dowcipnym, otwartym i równorzędnym przedstawionemu bohaterowi.

 

Kochani!

Największą zaletą tej książki jest fakt, że Jerzy Waldorff mógł popełniać błędy, a autor, Mariusz Urbanek nie próbował tego ukrywać czy łagodzić. Nie próbował udawać, że mamy do czynienia z innym człowiekiem. Nie próbował wychodzić przed Waldorffa, żeby pochwalić się swoją erudycją i poczuciem humoru. Oddał cześć bohaterowi w sposób piękny i nienachalny. I napisał świetną książkę.

 

Książkę bogatą w intymne, lecz smacznie ujęte szczegóły. Pełną (w moim = czytelnika odczuciu) prawdy. Oddaną rzeczywistości. Z zaakcentowaniem tła historycznego. Z oddanym poczuciem humoru Waldorffa. Z Jego zasługami, prywatnymi anegdotami, z jego przyjaciółmi, czy z pasjami. A przede wszystkim – autor oddaje czytelnikom książkę lekko i dostępnie napisaną.

 

Mariusz Urbanek napisał bardzo dobrą książkę, o niezwykłym człowieku, którą dosłownie połyka się z łatwością i z ciekawością kolejnych rozdziałów. Nie zanudza faktografią, nie męczy datami, nie wprawia czytelnika w zakłopotanie. No i kończy książkę stawiając piękną i wyrazistą kropkę nad „i”.

 

Gorąco polecam

A panu Mariuszowi Urbankowi – dziękuję za te kilka upojnych wieczorów z Waldorffem.

Dać się uwodzić takim mężczyznom - to przyjemność!  

 

Mariusz Urbanek

Waldorff – Ostatni baron Peerelu

Wyd. Iskry

 

 


Podziel się

komentarze (115) | dodaj komentarz

"g... d... s.."

wtorek, 10 lutego 2009 8:35


            Czasem nie mogę się opanować. Jestem na głodzie. Rzucam się przed siebie, w przestrzeń między półkami i nie umiem powstrzymać wyciągnięcia ręki po kolejną zdobycz. Opanowuje się dopiero, gdy ręka mdleje, gdy oczy już nie ogarniają rzeczywistości. Gdy wzrok ślizga się po półkach, a oddech robi się coraz krótszy . Gdy czuje, że wyczerpałam swoje możliwości…

  

Napadam na księgarnie. Wynoszę siaty książek. Kilogramy.

 

Przechodzę przez półki z literaturą powszechną, polską, klasyczną, historyczną, poradnikową, książki kucharskie, biografie i albumy. Siadam i przeglądam. Klęczę, kucam, wybieram.

 

A potem…

Cóż…

Albo pochłaniam książkę, tuż po wyjęciu jej z siatki

Albo walczę przez jakiś czas, żeby zacząć w ogóle lekturę…

 

Dziś będzie o dwóch takich przypadkach.

 

 

            Fioletowa okładka krzyczała „weź mnie, otwórz, przeczytaj!”;

czerwony wykrzyknik chwalił: nagroda bookera 2003.

Czarno biały rysunek piętnastoletniego bohatera ma (chyba) sugerować dwa oblicza, dwie możliwe interpretacje tej samej historii. A może wskazywać na „odmienność” chłopca. Na jego zagubienie w amerykańskiej (jest też flaga) rzeczywistości. Jest też napis – „powieść”. Tak jakby autor okładki chciał dumnie podkreślić doniosłość tych 325 stron.

 

A może to wszystko to gówno prawda… !?

 

Leżała na półce już dobre cztery lata. Prosiła, krzyczała. namawiała, żebym wreszcie przeczytała. Mało! Podróżowała ze mną po świecie mając nadzieję, że może się przyda. Że może kiedyś odkryję jaki mam skarb!

Wreszcie zamknęłam się z nią (i tylko z nią) w kabinie samolotu.

 

I już po chwili gotowa byłam wyskoczyć. Bez spadochronu. I bez książki.

Choć być może jej treść – pusta jak wydmuszka, uratowałaby mnie przed bolesnym zderzeniem z ziemią.

 

„Gówno, dupa, sra” – jak mawia mój znajomy.

 

I mam wrażenie, że autor „powieści” DBC Pierre przyjaźni się z tą samą osobą.

Bo dosłownie wypierdział tę książkę.

 

Drogi czytelniku, nie staram się teraz zszokować Cię tym słownictwem. Nie. Staram się w jak najbardziej oddany prawdzie sposób opisać coś, co ciągnie się niczym kloaczna sraka przez kolejne 325 (!) stron.

 

            Otóż to historia piętnastoletniego chłopca – Vernona, który wychowywany jest w niewielkim teksańskim miasteczku, cierpi na szczególną przypadłość: oddawania „stolca” w najmniej odpowiednich chwilach.  I którego najlepszy przyjaciel Jesus właśnie zabił szesnaście osób, po czym popełnił samobójstwo. A Vernon (w wyniku nieszczęśliwego zbiegu okoliczności/ teorii spiskowej/ zemsty/ fatalnej pomyłki/ lub i inne…) zostaje przez lokalne władze oskarżony o współudział.

 

            Cóż, w tej sytuacji nie powinnam chyba dziwić się wulgarnym tekstom, ani pełnym emocji komentarzom… nie mogę przecież oczekiwać, że amerykański, zbuntowany nastolatek w takiej chwili zachowa zimną krew i z brytyjską flegmą powie:

„och, jestem oskarżony o zbiorowe morderstwo, no cóż to nieco nieprzyjemne okoliczności, w rzeczy samej. Chyba będę musiał zrezygnować z herbatników do popołudniowej herbaty…”

 

Ale chyba się już mocno zestarzałam, bo odmienianie przez wszystkie czasy i przypadki słów:

„gówno, pieprzyć, kurestwo i pierd” (koniec cytatu!)

nieco… (tu powiem z ang. flegmą): … mnie męczą i odbierają mi apetyt na herbatniki.

 

A porównania w stylu: „kobiety płyną do telewizora niczym obłoczki pierdnięć”

… męczą mnie nieco bardziej.

 

A jednak przeczytałam tę książkę.

I muszę przyznać, (oddaje sprawiedliwość!), że gdzieś tak od dwusetnej strony robi się  ciekawa. I zabawna! Później ma znów ma lekki spadek formy, ale chyba tylko po to, żeby znów zabłysnąć niczym „odbicie promieni słonecznych w kałuży sików”.

 

(to moje, nie cytowane, ale autorowi chyba by się spodobało - punkt dla mnie za utrzymanie konwencji).

 

Jednak udanym pomysłem na zakończenie nie przekonał mnie  autor niestety…

 

            Jest taka akcja: „uwolnij książkę” czyli „przekaż dalej”. Akcja pozostawiania książek w publicznych miejscach - wielkiej powszechnej wymiany lektur.

 

No więc uwalniam (ach, cóż za wielko-duszność z mojej strony ;) )

„Vernon’a”, DBC Pierre i niech „płynie do was niczym obłoczek…”.

Może trafi na swojego amatora.

 

 

 

…a może to kwestia „towarzystwa” w jakim przeczytałam Vernona…?

Bo w sercu moim zagościł pewien baron.

Ba! Jest to „Ostatni Baron PRLu”.

Ale o tym …

 

Następnym razem J

 


Podziel się

komentarze (96) | dodaj komentarz

niedziela, 17 grudnia 2017

Licznik odwiedzin:  20 694 883  

JESTEM NA TAK!