Bloog Wirtualna Polska
Są 1 239 593 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Materiały dla mediów

O moim bloogu

Ten blog, będzie moim peryskopem, oknem na świat, gdzie będę dzieliła się z Wami tym, co przeżywam, co polecam, co lubię i co mnie wkurza...

Kalendarz

« lipiec »
pn wt śr cz pt sb nd
 010203040506
07080910111213
14151617181920
21222324252627
28293031   

Lubię to

Missiu



„a teraz kochane dzieci – pocałujcie misia w dupę!”

czwartek, 31 lipca 2008 10:40

 

Ciekawa jestem czy ktoś kiedyś napisał pracę naukową o tym jak wiele można powiedzieć o społeczeństwie na podstawie obserwacji zabawek i gier powszechnych wśród dzieci...

 
W Birmie np. nie spotkałam ani jednego dziecka, które bawiło by się w wojnę, nie było pistoletów, karabinów, nawet takich z patyków. Widziałam tylko jeden pojedynek na miecze... dzieci goniły za kółkiem z patykiem, jakby czas cofnął się o stulecie...

Bawiły się jeszcze papierowymi zabawkami - postaciami zwierzęcymi ulepionymi z masy papierowej i pomalowanymi kolorowymi farbkami.
 
W Afganistanie pewien ośmiolatek, siedząc na lufie nieczynnego już działka „celował" we mnie z patyka. trudno zapomnieć ten obraz... tak jak radość jego rówieśników na ulicach Kabulu, gdy puszczały latawce zrobione z plastikowych torebek.


W Stanach szybkość kciuka decyduje o Twojej pozycji wśród znajomych. Nota bene zaraz wchodzi nowa wersja „Wolfenstein" - la la la la la ... (czy raczej: tra ta ta ta ta, bum! Halt! Hände hoch! tra ta ta ta ta ...)

 
Ale nie o tym chciałam...


Na Kubie dzieci proszą o cukierka. Zaraz po tym jak poproszą o dolara...

Chłopcy kopią parcianą piłkę, a dziewczynki malują baśniowe historie w swoich zeszytach..


a pomiędzy nimi spaceruje starzec z samochodzikami wyciętymi z puszek po piwie:
„kup samochodzik!..." namawia... „kup samochodzik"...

 

... i jeszcze kilka twarzy z Kuby...



 



 


 


Podziel się

komentarze (68) | dodaj komentarz

sprawdz strone pozniej

środa, 30 lipca 2008 18:48
jeszcze dzis - nowy tekst na stronie... 
Podziel się

komentarze (50) | dodaj komentarz

...to se ne wrati...

sobota, 26 lipca 2008 20:06

"praktyka dnia codziennego dowodzi, że stałe zabezpieczenie informacyjno-propagandowe naszej działalności zabezpiecza udział szerokiej grupy w kształtowaniu odpowiednich warunków aktywizacji"

 

czyli skąd ja to znam… ?

 

 

            Żeby wyjechać  z resortu „all inclusive” musiałam wynająć jedną z oficjalnych taksówek. Będąc turystką nie mogłam się inaczej przemieszczać. po kontroli na „rogatkach”, okazaniu paszportu, sprawdzeniu samochodu i opłacie za przejazd pozwolono nam ruszyć do najbliższego miasteczka, skąd odchodził autokar do Havany. 


do stolicy Kuby dotarłam późnym wieczorem, po wielogodzinnej podróży nowoczesnym, wygodnym i mocno klimatyzowanym autobusem. Zamieszkałam w „casa particulares” czyli w prywatnym domu, w którym za ok. 20 pesos (40pln) można wynająć pokój. Bez klimatyzacji, w zasadzie bez okna, bez ciepłej wody (która przy tych temp. i tak była zbędna) i ze wspólną łazienką. Było czysto i działał wiatrak. Nic więcej nie potrzebowałam. Na stole leżały owoce w koszyku. Pomarańcze, banan, winogrona, śliwki i jeszcze marchewka. Plastikowe…

w toalecie obok papieru toaletowego leżała pocięta w kwadraty gazeta. Do podcierania sobie dupy propagandą. Jedyna powszechna forma protestu w tym zniewolonym świecie.

 

miałam wrażenie, jakbym cofnęła się w czasie, jakbym odbywała podróż w swoje (mgliste) wspomnienia, do rzeczywistości sprzed smaku pierwszego kiwi czy hamburgera. Wszystko co mnie otaczało roztkliwiało mnie i przerażało jednocześnie…

 

 

„shopping & fucking”, czyli co można robić w tak pięknych okolicznościach przyrody

 

            rano ruszyłam w miasto. na „shopping”. tu młodszym czytelnikom wypada przypomnieć o tzw. kartkach. Otóż w czasach „ogólnego, socjalistycznego dobrobytu” pewne towary były dostępne powszechnie, a inne masowo „kombinowane”. I tak do tych pierwszych zaliczano bułkę tartą i ocet, a do drugich wszystko pozostałe - ze szczególnym uwzględnieniem m.in. cukru, kawy, pomarańczy, papieru toaletowego, pończoch itd. itp. Czasem jednak coś, gdzieś „rzucili”, co rodziło natychmiast olbrzymie kolejki i tzw. listy społeczne pod „jednostkami gospodarki uspołecznionej” (inaczej „sklep”). W powszechnym użyciu były tzw. „kartki” czyli kupony wymienialne na określoną ilość towarów np. kilka gramów masła, mleko czy mięso.

System kubański nad systemem PRL-u ma kilka znaczących przewagę – zamiast octu i bułki tartej można tam kupić rum, a „kartki zaopatrzenia” zostały całkowicie wyeliminowane.

            Zastępują je książeczki, w które wpisuje się każdą ilość oficjalnie wydanego towaru wraz z obowiązkowym podpisem i pieczątką kierownika sklepu.

 

            Jedyne co nie jest reglamentowane (!), czego Fidel nie może kontrolować to sex.

I słońce.

 

„Pust wsiegda budiet slońce,

pust wsiegda budiet niebo,

pust wsiegda budiet mama,

pust wsiegda budu ja”

 

 

c.d.n. 


Podziel się

komentarze (52) | dodaj komentarz

to nieprawda, że tam nie ma wyboru ...

czwartek, 24 lipca 2008 17:58

Patria o Muerte

 

prędzej czy później musiałam tam pojechać. pojechałam dziś, żeby jeszcze uchwycić czas, żeby przeżyć podróż w swoje wspomnienia z dzieciństwa, żeby zobaczyć niewiarygodne... spóźniłam się o kilka lat... nie usłyszałam charyzmatycznego głosu przywódcy, nie zobaczyłam go w telewizji, ale to co zobaczyłam ...


„na wyspach Bergamutach

podobno jest kot w butach (...)

i słoń z trąbami dwiema,

i tylko wysp tych nie ma!"

 

 

     na Kubie spędziłam dwa tygodnie - pierwszy w luksusowych warunkach, w jednym z zamkniętych, wyłącznie dla turystów resortów nad oceanem. enklawie spokoju i pinacolady oraz mojito lejącego się w ramach all inclusive. niczego mi nie brakowało. słońce, przepiękna plaża, drobny biały piasek i palmy. wieczorem trzeba było tylko głośno tupać, żeby wystraszyć wychodzące po zmroku małe kraby. z wytrzeszczonymi ze zdziwienia i przestrachu oczami, pilnie obserwując każdy twój ruch zmykały bokiem uderzając szczypczykami o betonową posadzkę. nurkowałam, latałam na paralotni, leżałam i przeżywałam dylematy: czy teraz opalać plecy czy brzuszek... boleśnie się przekonałam, że lepiej nie dotykać rafy koralowej oraz jak zdradziecką może być mieszanka alkoholu i słońca.

miałam olbrzymi pokój, łóżko z baldachimem i telewizor z trzydziestoma kanałami w czterech językach. dla bardzo zdesperowanych i cierpliwych był internet, przeznaczony TYLKO do użytku przez turystów - obsługa hotelowa miała zakaz korzystania z sieci pod groźbą utraty pracy oraz konsekwencji prawnych. były kolacje przy świecach i romantyczna muzyka grana i śpiewana na żywo. były lekcje salsy i dyskoteki na plaży.

było co tylko chciałaś i ... to nie miało nic wspólnego z prawdziwą Kubą. 


Po tygodniu spędzonym na plaży ruszyłam w głąb wyspy...

mijając „wiecznie żywe" hasła - revolucion o muerte i portrety bohaterów dotarłam do chyba najsmutniejszego miasta świata - Havany a później do Trynidadu.


ale o tym ... już w następnym odcinku


PS. Ide dziś na koncert Georga Michaela, tra la la la



i jeszcze kilka fot które zrobiłam na Kubie












Podziel się

komentarze (64) | dodaj komentarz

czwartek, 27 kwietnia 2017

Licznik odwiedzin:  17 619 546  

JESTEM NA TAK!