Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 260 168 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Materiały dla mediów

O moim bloogu

Ten blog, będzie moim peryskopem, oknem na świat, gdzie będę dzieliła się z Wami tym, co przeżywam, co polecam, co lubię i co mnie wkurza...

Kalendarz

« czerwiec »
pn wt śr cz pt sb nd
      01
02030405060708
09101112131415
16171819202122
23242526272829
30      

Lubię to

Missiu



małżonkowie

poniedziałek, 30 czerwca 2008 6:32

              



Monika obudziła się na krawędzi łóżka. Było parę minut po trzeciej. upalna, czerwcowa noc. obudziła się na krawędzi ich wspólnego od lat łóżka i już wiedziała, że Go nie kocha. spojrzała w kierunku Pawła. wzrok powoli przyzwyczajał się do ciemności. zobaczyła mężczyznę z którą nic już ją nie łączyło. spał spokojnie...


                Rafał wracał do domu po pracy. przystanął na klatce. od drzwi dzieliło go 27 kroków. zaczął je liczyć już kilka miesięcy temu. czasem robił mniejsze kroki, więc ich liczba niepokojąco rosła. urastała do dystansu trudnego do pokonania. jego oddech był coraz wolniejszy; ręce, nogi coraz cięższe. jakby ciało odmawiało uczestniczenia w fikcji domowego ogniska. od dawna zresztą parzyło go to oszustwo. cicho, delikatnie otworzył drzwi windy. niczym złodziej wymknął się z klatki. poszedł na piwo. ukradł życiu jeszcze kilka chwil spokoju...     


       Joanna spojrzała w lustro... zobaczyła 27 letnią zmęczoną kobietę. wiedziała, że Go nie kocha... umyła ręce. przemyła twarz. zakręciła kran, spuściła wodę. spojrzała w lustro. patrzyła na nią jakaś obca, zmęczona życiem, sfrustrowana baba. Joanna umyła ręce, przemyła twarz, nie zakręciła wody - „niech myślą, że się kąpię", zamknęła się w jedynym miejscu ich mieszkania, gdzie bez wzbudzania podejrzeń mogła być chwilę sama...           


      Bartek założył podwójną prezerwatywę. „nie mylmy fizjologii z miłością" - pomyślał i jeszcze raz na wszelki wypadek upewnił się,  że  Ulka (już dawno przestała być Ulą) bierze pigułki. 


        Gośka leżała na plecach z bezwładnie rozchylonymi nogami. Było jej wszystko jedno. Nawet nie starała się sobie przypomnieć, jak to było, gdy jeszcze byli w sobie zakochani. Odwróciła głowę, tak, żeby nie widzieć jego ciała rytmicznie unoszącego się nad jej twarzą. Tak, żeby nie widział jej jedynej łzy; zbyt sentymentalnej i jakoś tak bezsensownie samotnej...   


Maria została dłużej w pracy - „w końcu trzeba było przygotować prezentację" ... 

Tomek na siłowni „robił" swój kolejny rekord ... 
Janek... 
Anna... 
Baśka... (ta z fajnym biustem)   



Małżonkowie.     



nie wierzę w małżeństwa. wierzę w rozwody."   mówi bohaterka filmu „Heartburn" - Rachel (Meryl Streep), by chwilę później wbrew intuicji poślubić Marka (Jack Nicholson); 

i oczywiście są to prorocze słowa, a małżeństwo po chwili chwieje się niczym domek z kart, ale w tym właśnie momencie zaczyna się dobre kino ...   

przyznaję, że łatwo się czepiać tego filmu, 
że nie wiadomo czy to dramat czy komedia, 
że zbyt sentymentalny i lepiej, żeby Nicholson jednak nie śpiewał, 
że fabuła przewidywalna i jeszcze się ślimaczy, 
że wątek kiedy są szczęśliwi jest nieznośny do oglądania.   

ale za to, jak przyjemnie popatrzeć na rozkład życia małżeńskiego!   

dla mnie ten film to kilka mistrzowsko zagranych scen (gł. przez Meryl Streep): 
jazda samochodem po przyjęciu, rozmowa z przyjaciółką, monolog pod koniec filmu.   

mnie to wystarczy; 
to kwintesencja samotności w związku; 
to chwile które znane są wszystkim rozwodnikom, 
faktycznym, przyszłym, niedoszłym i tym co przed chwilą przysięgali sobie, aż do śmierci.   

proszę więc bardzo - krytykujcie - a mnie i tak ten film się podoba!     



„Heartburn" - 1986r. reż.  Mike Nichols w rolach gł. Meryl Streep, Jack Nicholson 
(polskie tłumaczenie - „Zgaga" ! aż się prosi o osobny komentarz).       


ps. dwa dni temu spotkałam Meryl Streep w sklepie. 
kupowała buty - okropne, na wielkim ohydnym i trudnym obcasie. we wstrętnych kolorach... patrzyłam i nie wiedziałam czemu się bardziej dziwię - Meryl Streep czy tym butom.          

Podziel się

komentarze (85) | dodaj komentarz

z pamiętnika lizusa ;)

niedziela, 22 czerwca 2008 20:42

              Ostatniego dnia założyliśmy piżamy i oglądaliśmy japońską kreskówkę. był też rytuał wręczania przechodniego kaktusa - przekazywany temu, który z danym nauczycielem był najdłużej.

              skończył się ważny czas w moim życiu i mam nadzieje, że wszystko czego się nauczyłam będę umiała dobrze wykorzystać. chciałam napisać coś mądrego, ale wszystko co przychodziło mi do głowy to banały: o tym jak ten czas mnie zmienił, jak wspaniałych ludzi poznałam, o tym jak mądra to była decyzja i jak ważne lekcje odebrałam...   


zajęcia od 9 rano do 22, w pośpiechu zjadane cokolwiek, kupione w supermarkecie naprzeciwko (odkąd zamknęli knajpkę po drugiej stronie ulicy na nic innego nie było czasu) 

przy wejściu surowa Mona pilnująca porządku i sprawdzająca legitymacje. 
dalej biurko Ruth, nieprzyjemnej blond wiedźmy, która słodkim głosikiem na wszystko odpowiadała - „NIE!", 
dlatego od razu lepiej rozmawiać z Pam - uwielbianą przez wszystkich, no może z wyjątkiem Ruth.
 
wraz z nadejściem popołudnia nastroje w szkole stawały się przyjaźniejsze, jakby za dotknięciem czarodziejskiej różdżki lód w sercach kruszał: Sam, Antony, David, którym w podzięce obiecałam polski sernik, więc zaraz musze się wziąć do roboty

   Tymczasem w tygodniu biegłam na zajęcia, do takich nauczycieli jak:   

Bruce, śpiewak operowy - nauczyciel od emisji głosu, wielki, postawny facet z wrażliwością małego chłopca, który nawet szeptem krzyczał, a jak się wydarł to słychać go było trzy piętra niżej...   

Ian - w czasie każdych zajęć ktoś wykradał mu listę i dopisywał ukradkiem: „we serce Ian" i tylko przypadek był to zawsze mój charakter pisma...   

Geffrey - ach... gdyby tylko poprosił zgodziłabym się być jego siódmą żoną (!), magik, który robił z nami rzeczy niezwykłe, w które samemu nie mogliśmy uwierzyć... ironia i poczucie humoru połączone ze znajomością swojego fachu i ludzi. dotykał nie widzialnych guziczków w naszych głowach i docierał do zakamarków duszy. a później wszystko przesiewał przez szkło powiększające, tak żeby to, o czym myśleliśmy, co czuliśmy widać było z ostatnich rzędów widowni...   

Robert C. - chodząca encyklopedia teatru, pamiętający KAŻDY wyraz z granych przez nas dramatów. wpatrujący, nie - świdrujący Cię wzrokiem i wyłapujący najmniejszy fałsz. usłyszeć od niego - „jest dobrze" to największy komplement, który zarazem podnosił poprzeczkę. z tygodnia na tydzień coraz bardziej wymagający   

Paul - zaliczany do najlepszych nauczycieli w tej szkole, prywatnie mistrz salsy, dla nas - mistrz aktorstwa filmowego, pracujący z Tarantino, Al Pacino, Robert Deniro, Harvey Keitel, Benicio Deltoro i innymi. każde jego słowo to ważna lekcja, a największy komplement to uśmiech i milczenie. bo na planie nie ma czasu na komplementy.   

Irma - rosyjska księżniczka, prawdziwa dama i baletnica. delikatna, porcelanowa i wyniosła. a jednocześnie dyscyplinująca i konsekwentna.   

Michael - mały terrorysta czasowy, spóźnienie się ponad minutę (!) wymagało pisemnego usprawiedliwienia, 5 minut wykluczało Cię z zajęć. dyscyplina, dyscyplina, i jeszcze raz dyscyplina oraz pełne skupienie. znakomita znajomość swojego ciała. uczy świadomości tego jak się prezentujemy na scenie.    

Robert M. - pasjonat, również wymagający totalnej dyscypliny - dwie nieobecności (usprawiedliwione lub nie) lub trzy spóźnienia i wylatujesz z zajęć. warunkowo, jeśli się zgodzi możesz spróbować dostać się na zajęcia w następnym semestrze. Jeśli się zgodzi. genialna pamięć. encyklopedia kina. jego przedmiot nazywa się „100 eyes" i muszę przyznać, że otwiera nie tylko oczy, ale przede wszystkim głowę. jeden z naszych kolegów pod jego wpływem zrezygnował z aktorstwa i zajął się reżyserią. z powodzeniem.   

Tim - pierwszy który mnie otworzył i pomógł przetrwać ciężkie chwile, radził jak przeżywać chwile zwątpienia, upadków, porażek. wspierający i bardzo życzliwy. profesjonalny i twórczy   


to tylko niektórzy spośród moich nauczycieli, tworzący klimat tego miejsca. Agnieszka Chylińska, która kiedyś powiedziała „nauczyciele - fuck off!" może mi zazdrościć. sama sobie zazdroszczę tej szkoły.             

Podziel się

komentarze (140) | dodaj komentarz

dziś skończyłam szkołę

piątek, 20 czerwca 2008 4:14
i jest mi przykro... 
Podziel się

komentarze (108) | dodaj komentarz

podróż w czasie

środa, 18 czerwca 2008 9:52
Już chyba bezpowrotnie minęły czasy, gdy miesiącami trzeba było czekać na polską premierę jakiegoś filmu, dlatego zapowiedź ponownego pojawienia się tego Mężczyzny na dużym ekranie rozpalała wyobraźnie fanów (i fanek) równie mocno i równocześnie na całym globie. Jednoczesna światowa premiera nie dała miejsca na żadne przecieki zza granicy, na brylowanie wśród znajomych ploteczkami o filmie zobaczonym gdzieś na pirackiej kopii czy przy okazji wypadu za granicę. Jednak ten film chciałam, ba! marzyłam, żeby zobaczyć w amerykańskim kinie. Dlatego wybrałam najpiękniejsze chyba kino w Nowym Jorku – Ziegfeld Theater, które jest nie tylko okazałym, pięknym kinem, jednym z najstarszych, ale też prawdopodobnie jedynym już kinem, z tylko jedną salą projekcyjną. Za to jaką!


„Welcome to Ziegfeld Theater!”

donośnym głosem zaprasza bileter, wjeżdżam na pięterko po ruchomych, drewnianych schodach, na ścianach wiszą portrety założyciela, aktorów, znamienitych gwiazd. Wszystko jak w starym kinie. Czerwony dywan, wielkie złocone lustra i kryształowe żyrandole. Do tego dwa olbrzymie bukiety świeżych kwiatów i barek z popcornem (cóż… niestety - life is brutal and full of zasadzkas, a tu z młodymi trzeba iść… ), toalety utrzymane w podobnej przedwojennej i magicznej stylistyce. Ale to jedynie zapowiedź tego co ma nastąpić za chwilę – wejścia na, i tu nie przesadzam, najpiękniejszą salę kinową jaką widziałam w życiu.


Ziegfeld Theater jest dotowany przez miasto i chyba tylko dlatego może się utrzymać na tym (mało) wymagającym rynku. Tam gdzie bardziej liczy się dobrze posolony popcorn

(notabene tu jest też w wersji słodkiej, podobno) i coca-cola, a filmy stają się dodatkiem do sobotniego wieczoru Ziegfeld ze swoim wystrojem i projekcją jednego filmu oferuje coś ulotnego – magię. I nawet jeśli jest to kino rozrywkowe – inaczej tutaj smakuje.


Tak się składa, że w tym kinie oglądałam już weteranów i legendy – film Martina Scorsese o Rolling Stone. Być może dlatego tym razem też zdecydowałam się zobaczyć legendę.


Mężczyzna, którego przygody zapierały mi dech w piersiach, mężczyzna przez którego zaczęłam obgryzać paznokcie w obawie czy się uratuje, moje dziecięce wspomnienie, moje pierwsze egzotyczne podróże... mój pierwszy bohater i film przygodowy.


Ladies and Gentlemen: Indiana Jones!


Przenosimy się w czasie do 1957 roku, chyba najbardziej wdzięcznego do fotografowania okresu. Już od pierwszych chwil wiadomo, że będzie można liczyć na doskonałe zdjęcia, na poczucie humoru twórców i prawdziwych bohaterów oraz czarne charaktery.

Nie zabrakło w tym filmie niczego – pościgów, doskonale sfotografowanych, kaskaderskich akrobacji, efektów specjalnych, nieśmiertelnego motywu muzycznego i przesłania, że „amor vincit omnia”.

Gdyby natomiast zrezygnowano z warstwy dydaktycznej i jednak przewidywalnego scenariusza…


To pewnie byłby to zupełnie inny bohater.

Cóż, dorastanie najbardziej uderza w dawnych herosów…


Ale Ziegfeld – ponadczasowy!










Podziel się

komentarze (156) | dodaj komentarz

poniedziałek, 24 lipca 2017

Licznik odwiedzin:  18 985 544  

JESTEM NA TAK!