Bloog Wirtualna Polska
Są 1 275 262 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Materiały dla mediów

O moim bloogu

Ten blog, będzie moim peryskopem, oknem na świat, gdzie będę dzieliła się z Wami tym, co przeżywam, co polecam, co lubię i co mnie wkurza...

Kalendarz

« lipiec »
pn wt śr cz pt sb nd
 010203040506
07080910111213
14151617181920
21222324252627
28293031   

Lubię to

Missiu



...to se ne wrati...

sobota, 26 lipca 2008 20:06

"praktyka dnia codziennego dowodzi, że stałe zabezpieczenie informacyjno-propagandowe naszej działalności zabezpiecza udział szerokiej grupy w kształtowaniu odpowiednich warunków aktywizacji"

 

czyli skąd ja to znam… ?

 

 

            Żeby wyjechać  z resortu „all inclusive” musiałam wynająć jedną z oficjalnych taksówek. Będąc turystką nie mogłam się inaczej przemieszczać. po kontroli na „rogatkach”, okazaniu paszportu, sprawdzeniu samochodu i opłacie za przejazd pozwolono nam ruszyć do najbliższego miasteczka, skąd odchodził autokar do Havany. 


do stolicy Kuby dotarłam późnym wieczorem, po wielogodzinnej podróży nowoczesnym, wygodnym i mocno klimatyzowanym autobusem. Zamieszkałam w „casa particulares” czyli w prywatnym domu, w którym za ok. 20 pesos (40pln) można wynająć pokój. Bez klimatyzacji, w zasadzie bez okna, bez ciepłej wody (która przy tych temp. i tak była zbędna) i ze wspólną łazienką. Było czysto i działał wiatrak. Nic więcej nie potrzebowałam. Na stole leżały owoce w koszyku. Pomarańcze, banan, winogrona, śliwki i jeszcze marchewka. Plastikowe…

w toalecie obok papieru toaletowego leżała pocięta w kwadraty gazeta. Do podcierania sobie dupy propagandą. Jedyna powszechna forma protestu w tym zniewolonym świecie.

 

miałam wrażenie, jakbym cofnęła się w czasie, jakbym odbywała podróż w swoje (mgliste) wspomnienia, do rzeczywistości sprzed smaku pierwszego kiwi czy hamburgera. Wszystko co mnie otaczało roztkliwiało mnie i przerażało jednocześnie…

 

 

„shopping & fucking”, czyli co można robić w tak pięknych okolicznościach przyrody

 

            rano ruszyłam w miasto. na „shopping”. tu młodszym czytelnikom wypada przypomnieć o tzw. kartkach. Otóż w czasach „ogólnego, socjalistycznego dobrobytu” pewne towary były dostępne powszechnie, a inne masowo „kombinowane”. I tak do tych pierwszych zaliczano bułkę tartą i ocet, a do drugich wszystko pozostałe - ze szczególnym uwzględnieniem m.in. cukru, kawy, pomarańczy, papieru toaletowego, pończoch itd. itp. Czasem jednak coś, gdzieś „rzucili”, co rodziło natychmiast olbrzymie kolejki i tzw. listy społeczne pod „jednostkami gospodarki uspołecznionej” (inaczej „sklep”). W powszechnym użyciu były tzw. „kartki” czyli kupony wymienialne na określoną ilość towarów np. kilka gramów masła, mleko czy mięso.

System kubański nad systemem PRL-u ma kilka znaczących przewagę – zamiast octu i bułki tartej można tam kupić rum, a „kartki zaopatrzenia” zostały całkowicie wyeliminowane.

            Zastępują je książeczki, w które wpisuje się każdą ilość oficjalnie wydanego towaru wraz z obowiązkowym podpisem i pieczątką kierownika sklepu.

 

            Jedyne co nie jest reglamentowane (!), czego Fidel nie może kontrolować to sex.

I słońce.

 

„Pust wsiegda budiet slońce,

pust wsiegda budiet niebo,

pust wsiegda budiet mama,

pust wsiegda budu ja”

 

 

c.d.n. 


Podziel się

komentarze (113) | dodaj komentarz

poniedziałek, 11 grudnia 2017

Licznik odwiedzin:  20 649 766  

JESTEM NA TAK!