Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 276 035 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Materiały dla mediów

O moim bloogu

Ten blog, będzie moim peryskopem, oknem na świat, gdzie będę dzieliła się z Wami tym, co przeżywam, co polecam, co lubię i co mnie wkurza...

Kalendarz

« luty »
pn wt śr cz pt sb nd
      01
02030405060708
09101112131415
16171819202122
232425262728 

Lubię to

Missiu



"g... d... s.."

wtorek, 10 lutego 2009 8:35


            Czasem nie mogę się opanować. Jestem na głodzie. Rzucam się przed siebie, w przestrzeń między półkami i nie umiem powstrzymać wyciągnięcia ręki po kolejną zdobycz. Opanowuje się dopiero, gdy ręka mdleje, gdy oczy już nie ogarniają rzeczywistości. Gdy wzrok ślizga się po półkach, a oddech robi się coraz krótszy . Gdy czuje, że wyczerpałam swoje możliwości…

  

Napadam na księgarnie. Wynoszę siaty książek. Kilogramy.

 

Przechodzę przez półki z literaturą powszechną, polską, klasyczną, historyczną, poradnikową, książki kucharskie, biografie i albumy. Siadam i przeglądam. Klęczę, kucam, wybieram.

 

A potem…

Cóż…

Albo pochłaniam książkę, tuż po wyjęciu jej z siatki

Albo walczę przez jakiś czas, żeby zacząć w ogóle lekturę…

 

Dziś będzie o dwóch takich przypadkach.

 

 

            Fioletowa okładka krzyczała „weź mnie, otwórz, przeczytaj!”;

czerwony wykrzyknik chwalił: nagroda bookera 2003.

Czarno biały rysunek piętnastoletniego bohatera ma (chyba) sugerować dwa oblicza, dwie możliwe interpretacje tej samej historii. A może wskazywać na „odmienność” chłopca. Na jego zagubienie w amerykańskiej (jest też flaga) rzeczywistości. Jest też napis – „powieść”. Tak jakby autor okładki chciał dumnie podkreślić doniosłość tych 325 stron.

 

A może to wszystko to gówno prawda… !?

 

Leżała na półce już dobre cztery lata. Prosiła, krzyczała. namawiała, żebym wreszcie przeczytała. Mało! Podróżowała ze mną po świecie mając nadzieję, że może się przyda. Że może kiedyś odkryję jaki mam skarb!

Wreszcie zamknęłam się z nią (i tylko z nią) w kabinie samolotu.

 

I już po chwili gotowa byłam wyskoczyć. Bez spadochronu. I bez książki.

Choć być może jej treść – pusta jak wydmuszka, uratowałaby mnie przed bolesnym zderzeniem z ziemią.

 

„Gówno, dupa, sra” – jak mawia mój znajomy.

 

I mam wrażenie, że autor „powieści” DBC Pierre przyjaźni się z tą samą osobą.

Bo dosłownie wypierdział tę książkę.

 

Drogi czytelniku, nie staram się teraz zszokować Cię tym słownictwem. Nie. Staram się w jak najbardziej oddany prawdzie sposób opisać coś, co ciągnie się niczym kloaczna sraka przez kolejne 325 (!) stron.

 

            Otóż to historia piętnastoletniego chłopca – Vernona, który wychowywany jest w niewielkim teksańskim miasteczku, cierpi na szczególną przypadłość: oddawania „stolca” w najmniej odpowiednich chwilach.  I którego najlepszy przyjaciel Jesus właśnie zabił szesnaście osób, po czym popełnił samobójstwo. A Vernon (w wyniku nieszczęśliwego zbiegu okoliczności/ teorii spiskowej/ zemsty/ fatalnej pomyłki/ lub i inne…) zostaje przez lokalne władze oskarżony o współudział.

 

            Cóż, w tej sytuacji nie powinnam chyba dziwić się wulgarnym tekstom, ani pełnym emocji komentarzom… nie mogę przecież oczekiwać, że amerykański, zbuntowany nastolatek w takiej chwili zachowa zimną krew i z brytyjską flegmą powie:

„och, jestem oskarżony o zbiorowe morderstwo, no cóż to nieco nieprzyjemne okoliczności, w rzeczy samej. Chyba będę musiał zrezygnować z herbatników do popołudniowej herbaty…”

 

Ale chyba się już mocno zestarzałam, bo odmienianie przez wszystkie czasy i przypadki słów:

„gówno, pieprzyć, kurestwo i pierd” (koniec cytatu!)

nieco… (tu powiem z ang. flegmą): … mnie męczą i odbierają mi apetyt na herbatniki.

 

A porównania w stylu: „kobiety płyną do telewizora niczym obłoczki pierdnięć”

… męczą mnie nieco bardziej.

 

A jednak przeczytałam tę książkę.

I muszę przyznać, (oddaje sprawiedliwość!), że gdzieś tak od dwusetnej strony robi się  ciekawa. I zabawna! Później ma znów ma lekki spadek formy, ale chyba tylko po to, żeby znów zabłysnąć niczym „odbicie promieni słonecznych w kałuży sików”.

 

(to moje, nie cytowane, ale autorowi chyba by się spodobało - punkt dla mnie za utrzymanie konwencji).

 

Jednak udanym pomysłem na zakończenie nie przekonał mnie  autor niestety…

 

            Jest taka akcja: „uwolnij książkę” czyli „przekaż dalej”. Akcja pozostawiania książek w publicznych miejscach - wielkiej powszechnej wymiany lektur.

 

No więc uwalniam (ach, cóż za wielko-duszność z mojej strony ;) )

„Vernon’a”, DBC Pierre i niech „płynie do was niczym obłoczek…”.

Może trafi na swojego amatora.

 

 

 

…a może to kwestia „towarzystwa” w jakim przeczytałam Vernona…?

Bo w sercu moim zagościł pewien baron.

Ba! Jest to „Ostatni Baron PRLu”.

Ale o tym …

 

Następnym razem J

 


Podziel się

komentarze (96) | dodaj komentarz

niedziela, 17 grudnia 2017

Licznik odwiedzin:  20 691 857  

JESTEM NA TAK!